Wpisy w blogu (notki w kolejności od najnowszej do najstarszej - max.10/str): | |
Coś mi się zdaje że przerwy pomiędzy kolejnymi notkami stają się coraz dłuższe. Widocznie leń trawi mnie od środka ^^
OK, dziś obiecany w poprzednim wpisie The Blueprint 3. I na wstępie 3 postanowienia: Po pierwsze nie będę porownywać TB3 zpoprzednimi płytami, narzekał jakie to tamte były świetne och ach i w ogóle (bo to zrobił już chyba każdy recenzent począwszy od tego z RollingStone’a a na tym z Newseek’a kończąc). Po drugie nie będę narzekał że dzisiejszy Jay-Z to nie ten sam co ten sprzed 5-10 lat i w ogóle ,,po co wróciłeś panie Hova?’’ bla bla bla (bo ile można o tym czytać, litości recenzenci) I po trzecie wezmę się za naukę... żartowałem :D Nie będę narzekał że przedpremierowe obietnice nie zostały dotrzymane, tzn. że nie jest to album wszechczasów (i takie jęki można usłyszeć i to nawet z samej góry! O.o). Może na początku właściwego tekstu: czym miał być TB3?. Ano połączeniem tego co najlepsze w części pierwszej (jakości) oraz drugiej (ciekawych pomysłów, różnorodnych gości) A czym jest? Tym razem się udało, album jest właśnie tym do czego dążył Jigga. Gz.
Mimo że nie będzie 10/10 a’la TB1 to widać że artysta dał z siebie wszystko. Produkcją w głównej mierze zajął się Kanye West co akurat mi się bardzo podoba. Gdzieniegdzie jeszcze pojawia się Timbaland. I tu już niestety próżno szukać mojego zachwytu... Przez tego pana, wśród 15 kawałków natrafiamy na pop-rapowe-shity (wybacz mu Panie) Ale na szczęście wpadek na krążku nie ma dużo dzięki czemu efekt końcowy jest bardzo dobry.
Hova od kilku lat tworzy kawałki w ciekawym stylu, który ja nazywam modern classic. Do beatów użyto wielu klasycznych sampli a często ich rolę pełnią po prostu muzycy wraz z instrumentami użytymi ,,z ręki''. Wszystko sprawia strasznie solidną konstrukcję, można zaryzykować że wręcz ponadczasową. Jeśli na poprzednim concept-albumie American Gangster komuś brakowało tego typu utworów, wystarczy posłuchać dwóch pierwszych kawałków z The Blueprint 3: What We Talkin’ About oraz Thank You (powyżej) są prawdziwymi majstersztyk’ami, totalne 5/5. Na szczególną uwagę zasługują teksty, które już na wstępie płyty mówią nie dla komercjalizacji rapu, piosenek brzmiących jak dzwonki do telefonu, tandetnego auto-tune’a itp.
Oczywiście takich 5/5 jest więcej, o Empire State of Mind z Alicią Keys nie wspomnę. Chociaż o tym tracku możnaby było rozpisywać się setkami kilobajtów. Stwierdzenie najlepszy kawałek płyty można spotkać dość często lecz nie zapominajmy że znajdziemy go zarówno na płytach z kawałkami o średniej 2.0, jak i 4,5. Tak więc w tym wypadku mówimy o piosence z pudła z napisem the best of the best. Skoro już przyczepiłem się do ocen szkolnych – 6/5. Być może utwór roku. Tak powinno się wykorzystwyać damskie wokale!.
Pozostale single są dobre i tyle, nie ma co się tutaj rozpisywać. Lepiej poświęcić kilka linijek na coś czego nie można usłyszeć w radio. Osobiście polecam Venus vs. Mars oraz Already Home (powyżej), które mimo jakby niedoboru oryginalnych pomysłów są naprawdę świetne. Ten drugi wręcz kocham już za sam beat, który należy do mojego ulubionego typu. thankzooo West!. Szkoda tylko że końcówka tekstu jest raczej 4fun.
Nie może obyć się bez minusów. Na temat pseudo-śpiewu (bo jak inaczej to nazwać) w D.O.A. aż szkoda słów. Jay-Z litości. A już miałem nadzieję że nie spotkam większej wpadki od francuskiego wokalu Matthew Bellam’iego na The Resistance. Ocenę ostateczną obniżają takie kawałki jak Young Forever (dość kontrowersyjne), Real as It Gets (totalne dno) czy Reminder (mocno przekombinowane). Omijać szerokim łukiem.
Pomimo kilku minusów efekt końcowy jest bardzo dobry. Gdyby to była recenzja napisana przez kogoś innego, to w tym miejscu czytalibyście teraz narzekania co do niespełnionych obietnic, porównaniach do wcześniejszych płyt, żalach że tamte czasu były lepsze itp. itd. etc. i jeszcze kilka skrótów jakie poloniści wymyślili... Ale to nie jest żadna ze stron której recenje są brane pod uwagę przy obliczaniu oceny na metacritic.com... Więc tym razem nie poczytacie znowu tego samego podsumowania w odrobinie zmienionej formie. Przykro mi.
Ocena: 4/5 (8/10) [★★★★★★★★☆☆]
Tagi: rap, hip-hop
Drugi tydzień września był dla mnie prawie świętem i myślę że nie tylko dla mnie. Już premiera jednej płyty bardzo znanego artysty jest naprawdę dużym wydarzeniem, o którym się mówi/pisze praktycznie w każdym miejscu związanym mniej lub bardziej z muzyką. Więc jak inaczej jak nie świętem nazwać praktycznie jednoczesną premierę płyty numeru trzy w świecie hip-hopu i numeru jeden w świecie alternatywnego rocka? Oczywiście w skali globalnej. Mowa tu of course o Jay-Z oraz Muse. Dzisiaj zajmijmy się tym drugim.
The Resistance - bo tak nazywa się piąta płyta brytyjskiego trio - była tematem numer 1 w muzycznym świecie przez długi czas. I mimo że ta notka jest spóźniona z powodu studiów :D , to na pewno potrzebna bo wciąż jest wielu ludzi nieznających Muse'a. Na temat tej płyty powstało już wiele zmyślnych zdań, jednak żadne z nich nie jest w stanie określić co tak właściwie się znajduje na tych 54 minutach krążka. W sumie nic nie jest w stanie, bo tego co się tu pojawiło chyba nikt się spodziewać nie mógł. Jak zresztą spodziewać się nie mógł i wcześniej, przed premierą każdej poprzedniej płyty Muse'a. Taki już urok alternative rocka.
Skojarzeń po odsłuchaniu The resistance jest wiele, jednak to bardziej trafne to chyba rock w kosmicznej operze. Już na poprzednim krążku mieliśmy przedsmak tego pozaziemskiego słuchowiska, jednak teraz Matthew przeszedł samego siebie. Nie dość że wszystko dzieje się w bliżej nieokreślonym czasie w bliżej nieokreślonym miejscu, to jeszcze w tej czasoprzestrzeni znajdujemy takie zespoły jak Queen, Scars on Broadway, Vangelis, Depeche Mode, U2 a nawet Chopin... Jak to możliwe? Otóż Muse na dzień dzisiejszy jest w 80% Musem, zaś pozostałe 30% to połączenie wszystkiego co najlepsze właśnie w tych zespołach. Spytacie się 'a od kiedy 80+30 to 100?' a ja odpowiem pytaniem na pytanie 'a czy ktoś powiedział że ta płyta jest zwykłą płytą?' Tutaj dźwięki aż się wylewają z odtwarzacza. Najlepszy żart polega na tym, że mimo tak potężnej mieszanki (prawie) wszystko brzmi dość solidnie i nie sprawia wrażenia rzeczy rzuconej na ścianę w nadziei że wszystko się przyklei (pozdrowienia dla recenzenta z NME.com !) Można jedynie ponarzekać że gdzieś to już było.
CeDek jest chyba jednym z najlepszych kompromisów pomiędzy pięknem i mocą. Na uwagę zasługują m.in chórki (które w głównej mierze przywodzą na myśl Queen), świetny wokal (choć czasem zbyt 'zawodzący'), genialnie wkomponowane pianino, niewyobrażalną dla zwykłego śmiertelnika wirtuozerię oraz gitarę na której aż chce się poszukać napisu 'powered by NASA'. Tylko błagam Matt, nie śpiewaj już po francusku, omfg. Gratulację należą się za to za odwagę (i zdolności) potrzebną do stworzenia 3-częściowego zakończenia płyty, czyli Exogenesis. Tego na pewno nikt się nie spodziewał.
Podsumowując, płytka jest odrobinę gorsza od poprzednich ale w zamian dostarcza zupełnie odmiennych emocji niż te 4 poprzedniczki. To, czy nam się spodoba czy nie, zależy tylko od własnego gustu. Utwory mogą wydawać się zbyt efekciarskie lecz na pewno znajdą się i tacy dla których staną się one nową religią. Jeśli szukasz mocnego kopa to zapraszamy to innych gatunków, jednak jeśli czujesz że potrzebujesz czegoś więcej, to Muse - The Resistance będzie świetnym wstępem do alternative rocka. Longplay jest naprawdę niezły. Na tyle, że trudno wskazać jednoznacznie utworki godne polecenia, gdyż wszystkie się do tego nadają. Tak więc Muse'owi gratuluję magicznego The Resistance. I NASA też gratuluję.
Ocena: 4/5 (8/10) [★★★★★★★★☆☆]
PS: Na dzień dzisiejszy Muse jest najpopularniejszym zespołem na świecie :) top artists / top tracks
Tagi: rock, alternative
Ostatnio na blogu pojawiło się sporo
muzyki łączącej elektronikę z innymi gatunkami. Czas zrobić małą
przerwę i omówić coś bardziej standardowego. Rapcore pojawiał sie w tym miejscu
wielokrotnie, szczególnie jeszcze przed obecną formą strony,
czytaj przed prezentowaniem albumów. I mimo iż dzisiejsza płyta do
takich nei należy to słowa wstępne z związane z tym gatunkiem
muszą się dziś pojawić
W latach
1996-2003 funkcjonował (całkiem nieźle) Project Wyze. I kiedy to
skończyła się popularność tego crossovera i większość
podobnych zespołów zaczęło się ,,ewakuować'' w bardziej rockowe
klimaty (m.in Linkin Park, P.O.D, Papa Roach) lub zawieszać swoją
działalność (Limp Bizkit, Rage Against the Machine) to 2 członków
wcześniej wymienionego Project Wyze wraz z DJ Dopey'em (zwycięzca
DMC World DJ Championships 2003) założyło hip-hopowy Dead
Celebrity Status.
Omawiana dzisiaj płytka jest jak na
razie jedyną w dorobku DCS. Album posiada raczej spokojną naturę.
Nie jest to kolejny wytwór gangsta/pseudo-gangsta rapu i to jest
ogromny plus. Nareszcie dostaliśmy płytę podczas słuchania której
nie pojawia się nam teledysk z ludźmi będącymi produktami Bronxu
lat 90, drive-by'ami z czarnych vanów na dwudziestkach-czwórkach i
wynajętymi paniami grzejącymi tyłki w słonecznej Kalifornii...
Ciul że Bronx leży po drugiej stronie stanów. Globalizacja ;D
Dobra, wróćmy do CeDeka. Beaty są proste, dość często pojawia
się zabawa w turntablism, choć bez przesadnego eksperymentowania.
Należy wspomnieć o częstym damskim wokalu w refrenach i
dziecięcych chórkach które okazały się lepszym rozwiązaniem niż
mogłoby się wydawać. Zrównoważone elektroniczne dźwięki są
ozdobione... dzwonami (aż czuć magię świąt :D <lol>) Z gitar
nie pozostało za wiele. Szczerze mówiąc to prócz małej solówki
w pierwszym utworze i epizodycznych fragmentach nie zostało nic. Ale
o to właśnie chodziło. Mimo nieeksperymentalnej twórczości
muzyka jest ciekawa. W porównaniu do Project Wyze zwrotki sa
wykonane dużo lepiej, chociaż brakuje stałego poziomu, i tak:
czasem flow naprawdę wciąga, a czasem słyszymy tylko czytanie z
kartki... Co do strony lirycznej - najbardziej rzucają się w
oczyyyy to znaczy uszy nawiązania do innych zespołów czy piosenek.
Gdybym miał wszystko wymieniać to musiałbym poświęcić na to
kolejną notkę... Nirvana, System of a Down, Michael Jackson, Rage
Against the Machine, Limp Bizkit, Audioslave, Linkin Park, Marilyn
Manson, Radiohead, Coldplay... To i tak tylko część. I nie
wspomniałem o Max'ie Payne'ie :P
Najlepszym utworem z płyty
bezapelacyjnie jest We fall, We fall Szczególnie niezła jest
pierwsza zwrotka, o jej końcówce wraz z refrenem nie wspomnę.
Świetny podkład z kilkoma ciekawymi zabiegami, wcześniej
wspomniany chórek który słychać podczas całego kawałka, małe
gitarowe solo, spory bounce w refrenie. Ogólnie świetne. Na uwagę
zasługują także Messiah , Someone I Once Knew czy If These
Walls Could Talk, ale już i tak się za wiele rozpisałem.
Blood Music jest świetną
alternatywą, wręcz odpoczynkiem od spotykanego na każdym kroku
rapu. Nie chcę namawiać do sluchania tego long-playa osób nie
lubiących hip-hopu, jednak 2-3 krotne odtworzenie We fall, We
fall nie powinno być stratą czasu. Album jest naprawdę fajny.
Taa, to jest idealne słowo dla tej płyty - fajna.
Ocena: 3,5/5 (7/10) [★★★★★★★☆☆☆]
I na koniec mały bonusik, czyli wywiad
Tagi: muzyka, hip-hop
Od ostatniej prezentacji płyty minęła kupa czasu (może nawet rekordowa) i mimo iż wiedziałem co będe omawiał w tej notce, to przyznam szczerze że przez ten miesiąc nie spędziłem dziesiątek godzin słuchając pierwszej płyty Does it offend you, yeah? Prawie już zapomniany krążek od kilku dni wrócił jednak w łaski by znów niepodzielnie rządzić pod względem ilości odtworzeń na moim odtwarzaczu.
Debiutancki album nosi lekko przydługą nazwę ,,You have no idea what you're getting yourself into'' i został wydany w 2008 roku. Muzykę znajdującą się na płycie najlepiej będzie określić jako new rave, electro indie rock, czasem synth pop. Można też pokusić się o dance-punk. Zasadniczo płyta składa się z 2 rodzajw utworów: tych indie rockowych z elektroniką, oraz tych zdecydowanie bardziej elektronicznych. Do tego warto dodać że zarówno jedne jak i drugie są bardzo dobre!
Kawałki jest trudno scharakteryzować, najlepiej samemu ich posłuchać. Ale postarajmy się... Całość posiada dość banalne teksty (ale kto zwraca na to uwagę na takich plytach) i trochę brzmi jak nienaturalnie posklejane dźwięki. Taki trochę Frankenstein... Z tym że ten Frankenstein żyje, ma się dobrze, i do tego tańczy. Piosenki przypominają soundtrack do animowanego horroru dla dzieci. W bardziej elektronicznych kawałkach mamy bardzo dużo modyfikacji głosu, skrajnie wysokich dźwięków, nawiedzoną gitarę oraz całą masę efektów wygenerowanych przez armię komputerów. Wszystko się jakoś tak zaloopowało, do tego dodało kilka znanych chwytów a'la cisza przed burzą i wyszło coś całkiem genialnego. Bardziej rockowe utwory starają się uzależnić słuchacza niezłym wokalem i przygotować na czający się gdzieś za rogiem następny elektroniczny show który ma odrażać słuchacza (,,Buuu!'hahah! We are spOOky rockstars and we r gonna offend you, yeah! :D )
Reasumujac. Całość jest naprawdę spektakularnym mixem gatunków. Na płycie zespół zaprezentował jak się bawić nie tylko dźwiękami ale i całymi utworami. Zespół trochę chce pokazać że ma gdzieś utarte zasady, oldschool. Szkoda tylko że nadal zdażają się wpadki - jak mocno przesadzony ,,Doomed now''. Czekam na ,,Don't Say We Didn't Warn You'' (październik'09)
Ocena: 4/5 (8/10) [★★★★★★★★☆☆]
Poniżej 3 kawałki:
Najlepszy reprezentant płyty - ,,We are rockstars'' - absolutny hit 2008 roku:
Najlepszy kawałek z działu electro: ,,With a heavy heart (I regret to inform you)''
Najlepszy kawałek z działu rock: ,,Being Bad Feels Really Good''
Tagi: rock, indie rock, electronic, dance, new wave, new rave
Czasem artyści poszukują nowych
trendów w muzyce, z których skorzystają inni, czasem szukają
czegoś co wyróżni ich z tłumu zespołów. A czasem jedno i
drugie. Jedną ze sprawdzonych metod jest połączenie kilku gatunków
w celu stworzenia czegoś niepowtarzalnego. Najlepiej gdy crossover
jest na tyle zaskakujący, że w krótkim czasie zostaje okrzyknięty
nowym gatunkiem. Problem w tym że nie zdarza się to zbyt często.
Omawiany dzisiaj zespół jest efektem panującej mody na electropop.
Muzyka Hadouken! została określona
przez niektóre media jako grindie, co nie jest zbyt dokładnym
określeniem. Zdecydowanie lepiej spisali się fani zespołu, którzy
nazywają ich muzykę new rave. To określenie już nieźle oddaje co
kryje się na krążku ,,Music for an accelerated culture'' - nowa
generacja rave'a, w wykonaniu nowego pokolenia. Ich muzyka jest
mieszanką rave, grime, chiptune, trochę garage, oraz indie. Utwory
charakteryzują się rave'ową elektroniką czasami trochę w stylu
happy hardcore, beatami prosto ze starych gier konsolowych, oraz
młodzieżowymi, energicznymi tekstami zaprezentowanymi w postaci
brytyjskiej wizji hip-hopu, czyli grime. Liryka nie jest zbyt
ambitna, w większości wypadków można się spodziewać czegoś w
stylu ,,Sex, drugs, rock'n'roll''. (No tak jakby, bo jeśli rock'n'roll
to drzwi obok proszę. Tutaj mamy Hadouken!) Wystarczy posłuchać ,,Liquid
lives'':
I wanna drink, drink, drink, smoke,
fuck, fight
I wanna shout, trip, scream, I wanna die
I wanna be
arrested
I wanna be molested
And my head's in pain
Next
weekend i'll do it again
Szybsze kawałki wyszły dużo lepiej
niz np. ,,Declaration of War''. Wyjątk stanowi ,,Driving nowhere''.
Płytka naprawdę mi zaimponowała. Nie jest to muzyczne wydarzenie
dziesięciolecia, lub prekursor gatunku jak na przykład ,,Music for
the jilted generation'' The Prodigy'ego, jednak zespół Hadouken!
udowodnił że może być godnym reprezentantem nowego pokolenia
muzyki elektronicznej - ,,przyśpieszonej kultury'' nu-rave.
Ocena: 3,5/5 (7/10) [★★★★★★★☆☆☆]
I na koniec świetny kawałek ,,Crank it up'' (poniżej) oraz bonus track tutaj :)
Tagi: muzyka, electronic, rave, grime
Jak widać ostatnia notka pochodzi z 2 czerwca. Dziś mamy 18 czerwca. 18-2 to tak około... 16. A więc pół miesiąca. Koniec tych skomplikowanych obliczeń. Na pytanie typu ,,dlaczego tak długo nie było notki?'' nie będę odpowiadał ;) dlatego zadam inne: ,,czym wam wynagrodzę to czekanie?'' :D
Dzisiaj nie będę omawiał żadnego albumu, lecz podrzucę wam kilka zdjęć, wywiad oraz relację z koncertu Slipknota w warszawskim Torwarze, gdzie jakoś udało mi się zająć dogodne miejsce :)
W nastepnych notkach poznacie kilka naprawdę ciekawych albumów, a żeby zaspokoić ciekawość powiem że będą to: połączenie elektroniki z hip-hopem, połączenie elektroniki z rockiem, oraz rap z zachodniego wybrzeża. Czyli na chwilę robię przerwę z rockiem. Kolejność prawdopodobnie się nie zmieni.
Zdjęcia jakie udało mi się zebrać (szer. 1600 pixeli)
lub
Te same zdjęcia w oryginalnej jakości
Doszedłem do wniosku że nie ma sensu pisać samodzielnie opisu wydarzenia, w internecie można znaleźć już pokaźną ich ilosć - najlepiej będzie gdy wybiorę najlepszy tekst. I tak oto poniżej podaję relację Onet'u:
Załóżmy na chwilę, że w centrum Warszawy ląduje UFO. Spragniona wiedzy załoga chce liznąć trochę ziemskiej kultury, postanawia więc wybrać się na jakiś koncert. Przypadkowo pada na frapująco brzmiącą nazwę Slipknot. Po przekroczeniu progu Torwaru ich oczom ukazuje się dziewiątka dziwacznych jegomości w maskach, wyglądających jak dobrzy kumple Jasona, Freddy'ego czy innego Myersa. Sympatyczni muzycy poczynają sobie na scenie wyjątkowo dziarsko – jeden drze się wniebogłosy, drugi wybiega z kamerą do publiki, a jeszcze inny ze swoim zestawem perkusyjnym dosłownie lewituje. Generalnie – zbiorowe szaleństwo i mnóstwo decybeli, a pod sceną kilka tysięcy zachwyconych wyznawców. Co by sobie o nas dalecy przybysze pomyśleli?
Swoją drogą, amerykański nonet nazywany był często chwilową ciekawostką, której formuła oparta jest głównie na brutalności i szokującym wizerunku. Tymczasem najnowszy, czwarty album "All Hope Is Gone" bez problemu trafił na sam szczyt listy Billboardu. Trafił ze względu na swoją zawartość, a nie image autorów.
Slipknot to nie tylko muzyka, ale rzecz jasna cały spektakl. Świetne
wrażenie zrobili choćby wszyscy trzej perkusiści – jeśli ktoś nie
wiedział, że Shawn "Clown" Crahan i Chris Fehn wychodzą z kamerą w sam
środek publiczności, został wprawiony w sporą konsternację. Najwięcej
atrakcji czekało nas jednak na sam koniec, w utworze "Spit it Out" –
zestaw głównego bębniarza Joeya Jordisona uniósł się w powietrze, a
następnie zaczął obracać o 360 stopni. W tym czasie Corey namówił
wszystkich do uklęknięcia, by po chwili zawołać: "Jump the F*ck Up!".
Cały Torwar aż zadrżał w posadach… Mogła się też podobać rozbudowana
scena, której główny element stanowiły świecące na czerwono dwa ekrany.
Gorzej było z mało czytelnym brzmieniem – zamiast poszczególnych
instrumentów często słyszeliśmy jedną wielką ścianę dźwięku.
Długo zabierałem się do napisania o
najnowszej płycie zespołu Papa Roach p.t ,,Metamorphosis''.
Musiałem z nią spędzić blisko 2 tygodnie, aby zmusić się do
kilku zdań. Szczególnie obawiałem się totalnej zmiany tworzonej
muzyki, a ta dotknęła już takie zespoły jak P.O.D czy Linkin
Park. Do tej myśli może skłonić również taki szczegół jak...
okładka (sic). Ostanie longplaye wyżej wymienionych zespołów
otrzymały białe covery, podobnie jak ,,Metamorphosis''. Sam tytuł
płyty również nie negował tych domysłów. O ile jednak odejście
Linkin Parka od stylu nu-metalowego trudno mi uznać za sukces, to
porzucenie hip-hopowych elementów przez Papa Roach jest świetnym
posunięciem.
Już po pierwszej minucie słuchania
najnowszej płyty zespołu, wiedziałem czego brakowało mi na
poprzednich - intra. ,,Days of war'' jest mocnym, instrumentalnym,
półtorej minutowym wprowadzeniem. Zbudowany jest z mocnej perkusji,
,,pauzowanego'' riffu, oraz charakterystycznego motywu. po 90
sekundach marzył mi się rockowy kawałek rozpoczęty gitarowym
solo. Jak się okazało marzenia się spełniają. Na dodatek
,,Change or Die'' jest jednym z lepszych kawałków na krążku.
Days of War + Change or Die
Dziwny wydaje się podział utworów - pierwsze 5 (wraz z ,,Days of
War'') stanowią energiczniejszą część płyty, kiedy kolejna (4
kawałki) potrafi zanudzić słuchacza, nie tylko ze względu na
,,spokojną naturę'' piosenek, lecz także na słabą jakość, brak
oryginalności, a czasem nawet ,,spalone'' refreny, jak ma to miejsce
w ,,Live this down''. Wersy momentami przypominają ucięte zdania. Trochę
lepiej wypadają 3 ostatnie utwory. Na uwagę zasługuje ostatni
,,State of Emergency'', a dokładniej jego melodyczny, wpadający w
ucho refren, który tak się udał, że tylko pozazdrościć.
Tematyka utworu podobna jest do tej znanej z ,,Had enough'', co
akurat mi przypadło do gustu, lecz to już zależy od odbiorcy.
Cała płyta dość mocno jest
zapełniona dobrym scream'em wokalisty, oraz ,,garażowym''
brzmieniem, szkoda tylko że temu wszystkiemu brakuje nutki
oryginalności oraz rock'n'rollowego funnu. Przez to utwory wtopią
się w tłum jaki panuje w pop-rockowym środowisku, a zespół
przestanie być rozpoznawany.
Najlepsze utwory:
,,Change or Die'' (powyżej, wraz z intrem)
,,I almost told you that I loved you''
,,State of Emergency'' (na gapa.blip.pl)
Ocena:
3/5 (6/10) [★★★★★★☆☆☆☆]
Tagi: muzyka, rock
W 1993 roku wydana została pierwsza płyta hardcore hip-hopowej grupy Wu-Tang Clan zatytułowana Enter the Wu-Tang (36 Chambers). Album otrzymał bardzo pozytywne recenzje (oceny od 80% do 100%) i dostał wiele wyróżnień: m.in 1sze miejsce w Hip Hop's 25 Greatest Albums by Year 1980–98 oraz znalazł się na liście 500 CDs You Must Own Before You Die. Track numer 2 - Shame on a nigga - nigdy nie stał sie singlem, a szkoda.
W 2000 roku zespół System of a Down podjął się covera tego utworu (wraz z feat'em) który znalazl się w 2006 na EPce/Maxi Singlu - Lonely Day. Check this out!:
Tagi: muzyka, rapcore
,,Invaders must die'' jest piątym longplayem brytyjskiego zespołu The Prodigy. Ostatni album ,,Always Outnumbered, Never Outgunned'' wydany w 2004 roku skutecznie zniechęcił fanów zespołu nie tylko do samego bandu, ale także do takich gatunków jak breakbeat, czyli jakby nie było - muzyki głównie stworzonej przez The Prodigy. Osobiście o poprzednim krążku mam trochę odmienną opinię niż inni (bardziej pozytywną), ale to jest już temat na oddzielny tekst. Pozostańmy przy wersji że ,,Always Outnumbered, Never Outgunned'' był poszukiwaniem nowego stylu który zakończył się porażką. Tym razem zespół zrezygnował z nowych pomysłów na rzecz auto-plagiatu.
Można było przewidzieć jak będzie
brzmiał ,,Invaders must die''. Album przypomina wcześniejsze płyty
(sprzed 2004), jednak jakoś trudno na to narzekać - w końcu druga
falsa w stylu ,,A.O., N.O.'' oznaczałaby koniec dla zespołu.
Oldschool słychać praktycznie na każdym kawałku, począwszy od
pojedynczych dźwięków, a na ideach kończąc.
Płyta reprezentuje raczej agresywną elektronikę, choć oczywiście komercyjną. Pojawiają się na niej m.in bardzo wysokie dźwięki zarówno z syntezatorów jak i przestrojonych gitar, szybkie beat'y, riffy czy perkusję, oraz dosyć płytkie basy. Do tego dochodzą różne rodzaje wokalów. Zaraz zaraz... czy tego już nie było? A no i owszem, ,,Invaders must die'' jak wspomniałem wcześniej jest powrotem do drugiej połowy lat 90tych, czyli najlepszych czasów The Prodigy, kiedy to właśnie oni tworzyli standardy oraz wyznaczali nowe kierunki w muzyce elektronicznej. Nie bójmy się tego - ,,IMD'' jest odgrzewanym kotletem. Najlepszy przykład to: ,,Omen'' (czyli stare pomysły i wypróbowane chwyty w nowym wykonaniu) - czy. ,,Thunder'' (,,Out of space'' powrócił?)
2 pierwsze single czyli tytułowy kawałek oraz ,,Omen'' nie zawojowały list przebojów, jednak myślę ze oldschoolowy ,,Warrior's dance'' wypadnie dobrze, a ,,Run with the wolves'' jeszcze lepiej (zapraszam po utwór na Gapa.blip.pl). Moim ulubionym kawałkiem jest ,,Take me to the hospital'' jednak jest to anty-singiel, utwór nie nadający się na promo, tak więc nie ma szans aby pojawił się w TV.
Reasumując ,,Invaders must die'' opiera się na sprawdzonych pomysłach, tych samych, które były rewolucyjne kilkanaście lat temu. Zespół prawdopodobnie straci nie-elektronicznych-fanów, czyli osoby które zainteresowały się The Prodigy ze względu na rockowe/punkowe elementy na starszych kawałkach typu ,,Breathe''. Album jest dobry, utwory są zróżnicowane co jest ogrmoną zaletą. Jednak mamy 2009 rok, szkoda że krążek nie został wydany w 2004 - zamiast ,,Always Outnumbered, Never Outgunned''. A może będziemy świadkami powrotu do stylu roku '94?
Z pewnością album ten można nazwać jedną z najoryginalniejszą mieszanką gatunkową ostatnich lat. Już dawno nie spotkałem się z muzyką łączącą tyle najróżniejszym pomysłów, dźwięków. Płyty nie należy szufladkować do konkretnego gatunku, gdyż w tym wypadku nawet słowa ,,alternatywa'' czy ,,folk rock'' nie oddają tego, co nas czeka na krążku. ,,Serart'' zawiera muzykę eksperymentalną, i tej wersji starajmy się trzymać.
Krążek został wydany w 2003 roku
(reedycja w 2009) i jest wynikiem współpracy byłego frontmana
zespołu alternatywno-metalowego System of a Down - Serja Tankiana -
oraz multi-instrumentalisty Arto Tunçboyacıyan. Tytuł albumu
powstał z połączenia 3 pierwszych liter imion (Ser- oraz -Art).
Utwory zawarte na krążku składają się z elementów takich
gatunków jak ormiański folk, rock, jazz, a nawet hip-hop czy dance.
Instrumenty jakie możemy usłyszeć pochodzą z kilku zakątków
świata, jak na przykład chińskie instrumenty strunowe (tzw.
guchin) czy afrykańskie bębny. Podobnie jest z językami w jakich
pisany jest tekst piosenek.
Utwory zasługujące na chwilę uwagi.
Cinema
,
,Cinema'' jest jednym z lepszych
utworów na płycie. Pierwsza część jest raczej folklorowa, choć
pojawiają się jazzowe elementy wraz z azjatyckimi strunowcami.
Jednak w połowie utworu następuje punkt kulminacyjny. Otóż
pojawia się Serj Tankian z mocniejszym wokalem i chwilę potem
gitarowy riff (!). Po kilkunastu sekundach utwór traci prędkość i
wszystko wraca do normy.
Leave Melody Counting Fear
,,Leave Melody Counting Fear'' jest
bardzo dobrym, wolniejszym kawałkiem. Wokal jest delikatny, odrobinę
częściej śpiewany po angielsku. Utwór charakteryzuje się wolnym
tempem i dużą ilością gitary akustycznej wraz z perkusją. Refren
wręcz hipnotyzuje.
Narina
Kolejny utwór, który zasługuje na
pochwały to ,,Narina''. Piosenka jest pełna epickości. Początkowo
słyszymy hip-hopowy beat, chwilę potem dołącza gitara akustyczna.
Podczas zwrotek mamy 2 wokale jednocześnie: harmoniczny męski i
delikatny damski. Refren jest bardzo melodyczny i świetnie wykonany.
Facing the Plastic
,,Facing the Plastic'' rozpoczyna się
podobnie jak ,,Intro''. Chwilę potem tempo wzrasta, pojawia się
Serj, który chyba w tym utworze zaprezentował się najlepiej.
Muzykę zawartą na tej płycie śmiało możemy nazwać światową. Album jest na tyle niepowtarzalny, że nie można go opisać kilkoma zdaniami. Powyższy tekst może wydawać się odrobinę dziwny, lecz nic dziwnego, gdyż został skrócony. Gdybym chciał opisać co ,,dzieję się'' w każdym utworze, potrzebowałbym kilku stron, a ja w tym momencie piszę na marginesach jakie mi pozostały na kartce...
Płyty nie można polecić osobom lubiącym konwencjonalne gatunki, a tym bardziej lubiącym jeden. ,,Serart'' zaskakuje (mimo skomplikowanej budowy) przystępnością. Płyta jest efektem genialnego eksperymentu, który jest doceniany przez wielu znawców na całym świecie, jednak omijany przez słuchaczy szerokim łukiem.
Album pozostanie jednym z najlepszych przedstawicieli niszowej muzyki eksperymentalnej.
Ocena: 4/5 (8/10) [★★★★★★★★☆☆]
| You Are a Mohawk |
![]() Your idea of style is not fitting in with the crowd. You like to look unique. At your best, you are creative and ready to challenge the status quo. At your worst, you are surly and stubborn. You sometimes scar people. |
| Your Thinking is Abstract and Sequential |
![]() The more facts you have, the easier it is for you to learn. You need to figure things out for yourself and consider all possibilities. You tend to become an expert in the subjects that you study. It's difficult for you to work with people who know less than you do. You aren't a very patient teacher, and you don't like convincing people that you're right. |